Marek Gendaj, właściciel Uroczyska Siedmiu Stawów, opowiada o odbudowie zabytkowego obiektu w Goli Dzierżoniowskiej, architekturze i historii jego dawnych właścicieli. Nie ukrywa, że decyzja o zakupie „trwałej ruiny” była z dzisiejszej perspektywy szaleństwem. Anna Gendaj, właścicielka Fine Art Gallery Art of Ceramics we Wrocławiu, patrzy na Uroczysko również przez pryzmat sztuki. Jest absolwentką Akademii Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta we Wrocławiu i od lat promuje ceramikę unikatową jako pełnoprawną dziedzinę sztuki. To właśnie dzięki niej obiekty pojawiają się w przestrzeni renesansowego zamku.
Dom.Wprost: O czym państwo myśleli, kiedy kupowaliście „trwałą ruinę”?
Marek Gendaj: Trochę to było szaleństwo, przyznaję. Na pewno nie mieliśmy biznesplanu i na pewno nie myśleliśmy, że nasza trwała ruina przybierze taką formę, jaką ostatecznie przybrała. To był raczej zbieg okoliczności i zdarzeń, który doprowadził do tego, że znaleźliśmy się właśnie tutaj.
Zresztą określenie „trwała ruina” nie jest przypadkowe. W akcie notarialnym było wpisane, że obiekt należy zachować właśnie pod taką postacią. Kiedy się z tym skonfrontowaliśmy, okazało się, że to nie do końca jest możliwe. Sterczące kikuty ścian w żaden sposób nie były zabezpieczone. Nie miałem pomysłu, jak zrobić to trwale. Z roku na rok kolejne fragmenty po prostu by się zawalały.
![]()
Dom.Wprost: Czyli nawet konserwator zabytków nie miał gotowego rozwiązania?
Marek Gendaj: Pierwsze rozmowy z konserwatorem zabytków w Wałbrzychu też nie przyniosły rozwiązania. Pojawiały się różne pomysły, ale były dość kosmiczne. W końcu stanęło na tym, że budynek trzeba po prostu zespolić. A to oznaczało wykonanie stropów, wieńca i przykrycie całości dachem. Na to konserwator wyraził zgodę, oczywiście pod warunkiem przygotowania projektów budowlanych i prowadzenia prac pod jego nadzorem. I wtedy tak naprawdę zaczęła się regularna budowa.
Dom.Wprost: Jak wyglądało Uroczysko, gdy je Państwo kupiliście?
Marek Gendaj: Było kilka sterczących ścian, zawalone aż do piwnicy stropy, a w środku rosły drzewa. Przez 30 lat budynek nie miał dachu, więc zdążyły urosnąć całkiem pokaźne. Do dzisiaj bardzo żałuję jednej rzeczy: nie zrobiłem porządnej dokumentacji fotograficznej ruiny. Są późniejsze zdjęcia z budowy, są jakieś fotografie amatorskie, ale wtedy nie wpadłem na pomysł, żeby zrobić profesjonalną sesję. A całość była niezwykle urokliwa. Zarastała ją gęsta zieleń. Była w tym wszystkim jakaś niesamowita romantyczność.
![]()
Dom.Wprost: To właśnie ten romantyzm państwa skusił?
Marek Gendaj: Nie. Zakup był bardziej celowy. Po prostu szukałem jakiejś ruiny. Park o powierzchni 12 hektarów był dodatkową przynętą, ale zależało mi przede wszystkim na większej przestrzeni. W drugim przetargu, połączonym z pierwszym, było jeszcze 65 hektarów gruntów ornych. Marzyłem, by znaleźć na Dolnym Śląsku obiekt, który będzie można uratować.
Dom.Wprost: Skąd w ogóle pomysł, żeby w pewnym momencie życia szukać ruiny do uratowania?
Marek Gendaj: Może to jakieś młodzieńcze marzenie. Dolny Śląsk jest kolebką ruin. Właściwie to w każdej wsi można znaleźć jakiś dawny dwór czy pałac. Na szczęście część z nich zachowała się w lepszym stanie i nadal jest użytkowana. Z renowacją miałem już wcześniej do czynienia. Przeprowadzałem remonty starej zabudowy na południu Francji. Nie przerażała mnie ani renowacja, ani odbudowa Uroczyska Siedmiu Stawów.
Dom.Wprost: W którym momencie pojawił się pomysł, żeby trwała ruina stała się tym, czym jest dzisiaj? Czy po drodze było kilka innych koncepcji?
Marek Gendaj: Bardzo późno. Właściwie przez długi, długi czas koncepcji było brak. Pierwszym naszym celem było po prostu przykryć obiekt i go zabezpieczyć. To był nasz priorytet. Przez lata pracowaliśmy systemem gospodarczym. Same porządki trwały dwa lata.
To były dziesiątki przyczep śmieci. Wywoziliśmy je traktorem na pobliskie wysypisko. Gruzu i wszystkiego, co przez lata nagromadziło się w ruinie, było naprawdę bardzo dużo. Później każdy kolejny etap był osobnym wyzwaniem.
![]()
Zapału do pracy dodawała nam świadomość, że miejscem tym interesowali się historycy architektury. Jeszcze jako student, profesor Krzysztof Eysymontt przeprowadzał tutaj inwentaryzację. Co ciekawe, kiedy później wydał swoją najważniejszą publikację dotyczącą renesansowych założeń dworskich, nasz portal znalazł się na okładce tej książki. To było dla nas ważnym potwierdzeniem, jak historycznie istotne jest to miejsce.
Dom.Wprost: Skoro pierwszym zadaniem było zabezpieczenie ruin, przejdźmy do dachu. To był chyba jeden z największych konstrukcyjnych problemów.
Marek Gendaj: Zdecydowanie. Renesansowy dwór był kiedyś przykryty drewnianym gontem. Zachował się fragment jednego ze szczytów, dzięki czemu mogliśmy dokładnie odtworzyć kąt nachylenia dachu – aż 68 stopni. To bardzo stromy dach, widoczny z dużej odległości.
Konstruktor zaprojektował więźbę z bardzo dużych elementów drewnianych – niektóre miały 12 metrów długości i takie przekroje, że polskie tartaki nie były już w stanie ich obrobić. Część drewna udało się zdobyć w Bieszczadach, a część elementów konstrukcji sprowadziliśmy z Niemiec.
Czytaj też:
Zamienili dawny hotel w przytulny dom. Efekt jest wspaniały
Dom.Wprost: A potem pojawił się jeszcze pomysł ze starą dachówką.
Marek Gendaj: To było moje kolejne szaleństwo. Z doświadczenia francuskiego chciałem przykryć dach starą dachówką. Zależało mi na tym, żeby pojawiła się piękna patyna, żeby dach wyglądał tak, jakby był tam od zawsze. Zaczęliśmy więc skupować i zbierać starą dachówkę. Potrzebną ilość udało się zgromadzić. Tylko że zacząłem ten projekt od złej strony. Dawniej dachówkę układano na mokro, na zaprawie wapiennej. Zacząłem więc szukać wykonawcy. I nikt nie chciał się podjąć zadania.
Dom.Wprost: I chyba dobrze się złożyło?
Marek Gendaj: Tak. Dzięki Bogu, że nikt się nie zgodził. Gdyby ktoś wykonał ten dach z ogromnym wysiłkiem, układając starą dachówkę na mokro, miałbym dzisiaj olbrzymi problem z jego utrzymaniem. Każde pęknięcie dachówki oznaczałoby dziurę, a dostęp do takiego dachu byłby bardzo trudny, wręcz niemożliwy.
![]()
Dom.Wprost: Czy podczas prac budowlanych znaleźliście jakiś skarb?
Marek Gendaj: Przy jednym z portali, podczas prac, znaleźliśmy kulę armatnią z czasów wojny trzydziestoletniej. Waży co najmniej 30 kilogramów. Jest pusta w środku, czyli był to właściwie granat. Wypełniano go prochem i zapalano przez lont.
Dom.Wprost: A dokumenty dotyczące posiadłości, czy przetrwały?
Marek Gendaj: Trochę. Zachowała się między innymi korespondencja ostatniej właścicielki z przedwojennym konserwatorem Dolnego Śląska. Zaczęła się chyba w połowie lat 30. XX wieku i dotyczyła między innymi zgody oraz dofinansowania remontu dachu wieży. Korespondencja trwała kilka lat. Ostatecznie w 1942 roku otrzymano pozwolenie. Jest tam bardzo wyraźny ślad epoki. Na początku listy mają jeszcze tradycyjne formuły grzecznościowe, natomiast w 1942 roku pojawia się już „Heil Hitler” jako zakończenie.
Anna Gendaj: Niestety, większość dokumentacji się nie zachowała. Wiemy, że była tu biblioteka, była zbrojownia, ale całość zbiorów została utracona. Z zewnętrznych źródeł również niewiele informacji udało się pozyskać. Mamy jedną rycinę przedstawiającą portal do zamku.
![]()
Dom.Wprost: I właśnie portal jest jednym z najciekawszych elementów tego miejsca. Był kiedyś kolorowy.
Marek Gendaj: Bardzo kolorowy. Wiemy nawet, jakie kolory były używane. Pojawiały się między innymi zieleń, błękit, żółć i ochra. Na zachowanych fragmentach wciąż można zobaczyć resztki kolorów. Zachowały się na herbarzach. I właśnie dlatego tak ważne jest, żeby przy zabytkach zachować ostrożność. Nie wszystko trzeba od razu „odnowić”. Czasami najcenniejsze jest to, co zostało.
Dom.Wprost: Jak lokalna społeczność przyjęła państwa i sam pomysł odbudowy zamku?
Anna Gendaj: Nigdy nie traktowano nas tutaj jak obcych. Dowiedzieliśmy się o tym zresztą trochę przypadkiem. W lokalnej prasie pojawiały się artykuły o odbudowie, a później ktoś nam powiedział: „Ludność lokalna mówi: u nas na zamku”.
Marek Gendaj: I wtedy profesor Miodek zwrócił nam uwagę, że to bardzo dużo znaczy. Nie mówią „w zamku”, tylko „na zamku”. To pokazuje, że okoliczni mieszkańcy utożsamiają się z tym miejscem.
Anna Gendaj: Tym bardziej że przez wiele lat budowa była właściwie otwarta. Przez trzynaście lat nie mieliśmy tutaj żadnej ochrony. Materiały budowlane, belki stalowe, drewno – wszystko leżało na placu budowy. Nigdy nic nie zginęło.
Dom.Wprost: Jak połączyć historyczną tkankę ze współczesną architekturą i technologią?
Marek Gendaj: To jest w dużej mierze kwestia tego, co rzeczywiście zostało z zabytku. W naszym przypadku ruina była tak dalece zaawansowana, że konserwator właściwie nie miał czego konserwować. Zachowały się pojedyncze elementy: kolumna, fragmenty portalu, resztki tynków ze sgraffito. Nie było więc możliwości odtworzenia wszystkiego, co znajdowało się tam wcześniej. Nasze rozmowy z konserwatorem były raczej partnerskie i merytoryczne. Wiedzieliśmy, co chcemy zachować, a jednocześnie musieliśmy stworzyć budynek, który będzie mógł normalnie funkcjonować.
![]()
Dom.Wprost: Co zrobić, żeby nowa architektura nie zdominowała zabytku? Skąd czerpali państwo wiedzę, inspiracje?
Anna Gendaj: Przede wszystkim z podróży. Bardzo dużo podróżowaliśmy. Jeśli chodzi o tkankę historyczną i sposób jej pokazania, ogromną inspiracją były dla nas Włochy. Natomiast jeśli chodzi o funkcjonalność hotelu, przede wszystkim Hiszpania.
Dom.Wprost: Co takiego podpatrzyli państwo w Hiszpanii?
Marek Gendaj: W Hiszpanii są biura architektoniczne, które specjalizują się w hotelach, również zabytkowych. W Polsce dopiero zaczyna się rozwijać specjalizacja architektoniczna związana stricte z hotelarstwem. A zaprojektowanie hotelu naprawdę nie jest prostym tematem. Można oczywiście pomyśleć: jest pokój, więc trzeba wstawić łóżko i telewizor. Tylko że to tak nie działa.
Dom.Wprost: A jak działa?
Anna Gendaj: Hotel jest bardzo złożonym organizmem. Trzeba pomyśleć o każdym jego elemencie: pokojach, administracji, zapleczu, obsłudze. I trzeba pamiętać o tym, czego gość nie widzi. Jeśli się w to głębiej nie wejdzie, bardzo łatwo zaprojektować coś, co dobrze wygląda na rysunku, ale nie sprawdza się w codziennym życiu.
Po tych kilkunastu latach, kiedy jesteśmy tutaj bardzo często, głęboko weszliśmy w funkcjonowanie tego miejsca i wiemy o nim naprawdę dużo. Wiemy, gdzie w każdym pokoju stoi łóżko, gdzie jest telewizor, jak otwierają się drzwi, na której ścianie wisi lustro. Po kolei spaliśmy w każdym pokoju, żeby zobaczyć, jak w nim czują się nasi goście.
![]()
Dom.Wprost: Jak na odbudowę zareagowała rodzina dawnych właścicieli?
Marek Gendaj: Pierwszy kontakt pojawił się jeszcze na długo przed otwarciem hotelu. Jeden z członków rodu von Prittwitz und Gaffron, Joachim, interesował się historią swojej rodziny i od czasu do czasu przyjeżdżał na Dolny Śląsk. Mieszkał w Niemczech. Odezwałem się do niego.
Anna Gendaj: Później poznaliśmy także Gunild, która jako dziecko spędzała tutaj wakacje. To miała być jej rodzinna posiadłość.
Marek Gendaj: Przez lata mieliśmy z nią bardzo żywy kontakt. Jeśli znajdowałem jakieś materiały historyczne związane z Uroczyskiem, wysyłałem jej kopie. Ona z kolei przysyłała nam swoje wspomnienia, obrazy, informacje o rodzinie. Mieszkała w Kalifornii.
Anna Gendaj: A później, kiedy hotel został otwarty, Gunild przyleciała. Została naszym pierwszym gościem. To były niezwykłe dni. Była już wtedy starszą kobietą, ale miała w sobie niesamowitą klasę, energię i radość życia. Bardzo ceniła Marka za to, co zrobił z tym miejscem.
Marek Gendaj: Przyjęła mnie właściwie do rodziny.
Anna Gendaj: Pamiętam kolację, którą wydała. Sama siedziała na czele stołu i przez długi czas sadzała wszystkich gości, tłumacząc, dlaczego właśnie w tym miejscu powinni usiąść. A kiedy już usiedliśmy, wyjęła małe pudełeczko i powiedziała do mnie: „W tym domu kobiety noszą perły”. To był jej sposób na powiedzenie: „To jest także twój dom”.
Czytaj też:
Wróciła do domu dziadków po latach. Otworzyła go na ogród i zachowała to, co najcenniejsze
Marek Gendaj: Mieliśmy później kontakt także z innymi członkami rodziny. Podczas jednego ze zjazdów rodzinnych było około 60–70 osób z rodu von Prittwitz und Gaffron.
Dom.Wprost: I wtedy wydarzyła się historia z herbem.
Marek Gendaj: Tak. Jeden z naszych znajomych, zwiedzając inny obiekt na Dolnym Śląsku, zobaczył tam herb von Prittwitz und Gaffron. Był wyrzeźbiony w drewnie lipowym, z polichromią, bardzo piękny. Jego właściciel nie chciał go jednak sprzedać.
Anna Gendaj: Marek co pewien czas dzwonił i pytał, czy może nadszedł już moment, żeby go odkupić.
Marek Gendaj: W końcu nadszedł. Najpierw herb został poddany renowacji zabezpieczającej, żeby zatrzymać jego dalszą degradację. Później, podczas zjazdu rodzinnego, podarowałem go Joachimowi.
Dom.Wprost: To musiało być bardzo wzruszające, symboliczne.
Marek Gendaj: Tak. Dla mnie najważniejsze było, by herb wrócił do rodziny, z której pochodził.
Dom.Wprost: Co tworzy energię Uroczyska Siedmiu Stawów?
Anna Gendaj: Przede wszystkim ludzie. Ludzie i sztuka. Bardzo ważne jest dla nas, żeby praca tutaj była wspólna, zespołowa. Żeby pracownicy czuli, że są częścią tego miejsca. Z zasady nie zatrudniamy pesymistów.
Dom.Wprost: Pani Anno, jest Pani właścicielką Fine Art Gallery of Ceramics we Wrocławiu. Dlaczego właśnie ceramika?
Anna Gendaj: Wrocław jest szczególny. Mamy tutaj Akademię Sztuk Pięknych z wydziałem ceramiki i ogromną tradycję tej dziedziny. Sama jestem po ceramice, choć wcześniej studiowałam kuratorstwo. Kiedy zdecydowałam, że galeria będzie zajmowała się ceramiką unikatową, uznałam, że muszę poznać także warsztat artysty. Poszłam więc na studia i nauczyłam się tego od strony praktycznej.
![]()
Dom.Wprost: Ceramika zaczęła pojawiać się także tutaj, w Uroczysku Siedmiu Stawów?
Anna Gendaj: Szczególnie ważny był czas pandemii. Prowadziłam już wtedy galerię ceramiki unikatowej, a kiedy wszystko zostało zamknięte, pomyślałam, że musimy wyjść z nią na zewnątrz. Ludzie byli zamknięci w domach, nie mogli normalnie korzystać z przestrzeni publicznej.
Czytaj też:
Ten zjawiskowy, drewniany dom nad jeziorem jest tylko dwie godziny od Warszawy
Zorganizowaliśmy więc wystawę rzeźby ceramicznej w całym Uroczysku. Hotel przygotowywał kosze piknikowe. Można było przyjechać i spędzić czas w parku, oglądając sztukę.
Dom.Wprost: Ceramiczne rzeźby w ogrodzie, na dziedzińcu, pod mirabelką wyglądają zjawiskowo.
Anna Gendaj: Uroczysko Siedmiu Stawów daje sztuce bardzo dobre tło. Ceramika wychodzi przecież z natury – glina, szkliwa, minerały. Kiedy ustawiamy te obiekty w ogrodzie, powstaje naturalny dialog między dziełem a przestrzenią. Nie ma tu dysonansu. Wszystko się ze sobą łączy. Nie chcę, żeby odbiorca bał się wejść i pytać. Wolę wyjść do niego ze sztuką. Otoczyć go nią, pozwolić mu się z nią oswoić.
Dom.Wprost: I to naprawdę działa.
Anna Gendaj: Tak. Od pięciu lat organizujemy tutaj „Letnie Popołudnia ze Sztuką” i z roku na rok przychodzi coraz więcej osób. Widzę też, jak poszerza się grono kolekcjonerów ceramiki unikatowej.
![]()
Ale to nie jest koniec. Planujemy rezydencje artystyczne, kolejne działania i duże wydarzenie na początku przyszłego roku. Galeria Fine Art Gallrt Art of Ceramics pozostaje we Wrocławiu. To jest dla mnie ważne. Dolny Śląsk jest przecież naszym miejscem.
Marek Gendaj: A Uroczysko Siedmiu Stawów daje nam jeszcze coś – przestrzeń, w której sztuka może być blisko ludzi, natury i historii.
Czytaj też:
Kompletną ruinę zmienił się w cudowne miejsce letniego wypoczynku Czytaj też:
Warszawa stanie się centrum europejskiej debaty o architekturze wnętrz. Konferencja już 18.09
